piątek, 24 stycznia 2014

Rodział III.

Słońce zaczyna powoli zachodzić. Wszystkie lampy, światła Los Angeles zaczynają się włączać. Jezu, jaki piękny widok. Musicie mi uwierzyć na słowo. Jednak nie miałam czasu na podziwiane okolicy. Siedziałam pod murem sklepu. Cała zaryczana. Nie mogłam opanować płaczu. Byłam głodna, brudna, bez grosza przy duszy, no i bez przyjaciółki, którą zabrała policja. Super, kurwa. Wiedziałam, że prędzej czy później coś się stanie, bo było po prostu za pięknie. W tym momencie chciałam po prostu, żeby to wszystko się skończyło. Próbowałam się szczypać po całym ciele z nadzieją, że obudzę się w domu, na kanapie w Nowym Yorku. Nie pomogło. Co ja teraz zrobię, pomyślałam. Nawet nie wiecie co działo się ze mną w środku. Nie miałam żadnych planów awaryjnych. Kurwa, skąd w ogóle się wzięłam w Los Angeles i to kurwa w przeszłości. To jest chore. Nie wiem, jak mam wam to wszystko zobrazować, chyba po prostu musielibyście być na moim miejscu, żeby to pojąć. Właściwie to teraz myślałam, jak znaleźć pieniądze na jedzenie, potem będę szukać Andreii. W pierdlu jej się nic nie stanie, nawet jedzenie dostanie, a ja tu na wolności umieram z głodu. Postanowiłam ruszyć tyłek i przejść się po LA. Miałam nadzieję, że znajdę jakieś zgubione banknoty, za które kupie sobie chociaż słodką bułkę. Czas mijał. Nic. Kiedy nie potrzeba to dolary fruwają po okolicy. Kiedy potrzeba to gówno znajdziesz. Postanowiłam się zawrócić. Kiedy tak szłam powoli przypomnieli mi się chłopaki z gitarami jeszcze przed tym całym zdarzeniem z policją. Przyspieszyłam kroku, by ich znaleźć. Miałam wielką nadzieję, że będą tam gdzie ostatnio grali. Chyba miałam szczęście. Siedzieli dalej na murku, ale już się zbierali. Podbiegłam do nich zdyszana, głodna, wystraszona i wkurwiona.
- Słuchajcie... - dyszałam, dziwnie się na mnie popatrzyli. Walnęłam się na mur.
- Co jest? Gdzie jest twoja koleżanka?
Wiedziałam, że to co teraz powiem będzie śmieszne i szalone, ale musiałam sobie jakoś radzić, musieli mi pomóc. Ci faceci byli jedynymi których ''znam'' w okolicy. Zresztą, wydawali się normalni.
- Słuchajcie, wiem, że to co teraz powiem będzie głupie, Jezu wiem na jaką debilkę wyjdę - tutaj walnęłam się w czoło - ale my z Andreą jesteśmy z przyszłości - ja pierdole... Jestem skończona, jak to brzmi. Jerry i jego kolega wybuchnęli śmiechem. - Przestańcie się śmiać proszę - wrzasnęłam, przy czym się rozpłakałam, zachowali spokój. Kolega Jerrego podszedł do mnie i lekko objął.
- No okej, nie płacz, już się nie śmiejemy, kontynuuj.
- Ja wiem jak to śmieszne brzmi. Nie chce was wkręcić, nic podobnego. Nie piłam, nic nie paliłam, nie wciągałam. Mówię to na serio. Andreę zgarnęła policja, bo próbowała ukraść ze sklepu coś dla nas do jedzenia. Nie mam pojęcia co robić. Mamy tu lata 80 a ja jestem z 2014 roku. Musicie mi uwierzyć, pomóc. Nikogo tu nie znam. Przepraszam - szlochałam. Jakie to żałosne. Zresztą, co wy byście pomyśleli gdybyście spotkali płaczącego człowieka, który pierdoli, że jest z przyszłości? No kurwa, psychol, nic więcej. Na szczęście trafiłam na naprawdę w porządku ludzi.
- Pomińmy to skąd jesteś. Jak możemy Ci pomóc?
- Muszę zdobyć jakąś kasę i znaleźć przyjaciółkę. Nie wiem jak mam wam to wszystko wytłumaczyć. To jest tak nierealne, ze już sama się gubię. Może to tylko sen? - próbowałam nie wyjść na wariatkę.
Chłopak który mnie obejmował złapał się za głowę. Spojrzał się na swojego przyjaciela.
- Słuchaj, nie chce nam się w to wierzyć, ale wyglądasz na naprawdę przerażoną. Ja właśnie miałem jechać na nockę do Long Beach Areny. Pracuje tam jako wiesz, no taki strażnik nocny. Mogę Cię tam wkręcić jednorazowo, wymyśle jakaś REALNĄ historię. Posprzątasz przez tą noc i rano dostaniesz kasę, co ty na to?
- A dostane przed robotą coś do jedzenia? Umieram - zrobiłam słodkie oczka. Uśmiechnęli się.
- Tak, załatwię. Ridge jestem tak w ogóle.
- Victoria. Chłopaki jesteście mega. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie wy... A co z Andreą?
- Jutro jej poszukamy. Znamy wszystkie komisariaty w okolicy. Dasz nam swój numer telefonu? Tak na wszelki wypadek?
- Nie mam telefonu...
- W porządku. Dam Ci swój, zadzwonisz do mnie z automatu jakbyśmy się rano nie złapali czy coś - Ridge wstał z murku. Wziął swoja gitarę i ruszył w kierunku zachodu. Jego przyjaciel zrobił to samo. Również ja pobiegłam za nimi. Wsiedliśmy do czerwonego auta (nie powiem jakiego, bo się na tym po prostu nie znam, wybaczcie). Chłopaki siedzieli z przodu, ja z tyłu. Poprosili, żebym opowiedziała coś o sobie, wiec to zrobiłam dodając na koniec jeszcze raz naszą niewyobrażalną historie z Andrea. Była to krótka podroż, szybko zleciała. Wysiadłam razem z Ridgem. Mój drugi nowy kolega został w samochodzie żegnając nas słowami "Trzymajcie się, jutro rano po was przyjadę" Odjechał, a my weszliśmy do środka wielkiej Areny. Oczywiście przed tym ciemnowłosy pokazał swoja legitymacje jakiemuś pakerowi i powiedział ze ja jestem z nim. Podeszliśmy pod jakieś drzwi. Kazał mi poczekać. Po chwili zniknął za nimi. Ukucnęłam pod ścianą. Kurde, zaraz umrę z głodu, pomyślałam i złapałam się za brzuch. Tak, wiem kochani, że się powtarzam, ale naprawdę byłam głodna. Wybaczcie. Starałam się na ta chwile nie rozmyślać o tej sytuacji i tak mam całą noc przed sobą. Patrzyłam się na ciemna framugę drzwi przez dobre 10 minut gdy wreszcie z pomieszczenia za nią wyszedł Ridge z niską, starszą panią. Siwa staruszka wyglądała mi na sprzątaczkę. W ręku miała mopa i wiaderko. Sympatyczna z twarzy. Bardzo. Wstałam z podłogi. Kiwnęłam powitalnie do niej głową, odwzajemniła i uśmiechnęła się.
- To jest pani Otto. Zaraz zaprowadzi Cię do pomieszczenia dla pracowników i Cię nakarmi - zaśmiał się razem ze staruszką. - potem powie Ci co masz zrobić, im więcej sprzątniesz, tym więcej zarobisz. You know.
Przytaknęłam głową.
- Rozumiem. A dlaczego tu takie porządki wielkie się dzieją, jeśli mogę tak to ująć?
- Widzisz ten plakat? - wskazał na ścianę. - Koncert Iron Maiden za kilka dni. Chyba jesteś nawet ich fanką - zerknął na mój t-shirt. - Zawsze przed jakimś większym wydarzeniem, robimy generalne porządki.
Jezu no tak. Koncert Iron Maiden. Trasa Somewhere on Tour. Właśnie w tej chwili sobie to uświadomiłam i o mało nie zemdlałam.
- Halo, wszystko w porządku? - Ridge złapał mnie za ramię.
- Tak, tak. Możemy iść.
- A więc leć za panią Otto, ja idę do swojej roboty. Jakby coś, masz mój numer, ale myślę, że nie będzie żadnych komplikacji, żeby się rano spotkać.
Uśmiechnęłam się lekko do niego i czym prędzej ruszyłam za staruszką. Marzyłam tylko o jedzeniu. Ciepłym, zimnym, byle co. Pani Otto praktycznie się do mnie nie odzywała. Zrobiła mi dwie bułki z pasztetem i kiedy zjadłam dała mi do ręki środek do czyszczenia kibli i szczotę do nich. Zaprowadziła bez słowa do męskiej toalety. Gdy wyczyszczę wszystkie muszle, mam przejść do damskich, również posprzątać i wrócić do niej, do pomieszczenia dla pracowników. Opuściła toaletę, a ja w tym czasie otworzyłam drzwi do pierwszego kibelka. Przyznam, że zrobiło mi się trochę niedobrze, ale jak mus to mus. Czyściłam klozet rozmyślając o tym wszystkim. Może jestem wariatką? Sama już nie wiedziałam co o tym myśleć. Głowa mi pękała od nadmiaru wrażeń. Tego całego gówna. Andrea pewnie dobrze sobie radzi. W zasadzie to ja też. Szczęście w nieszczęściu. Dzięki chłopakom nie zdechłam z głodu i zarobię troszkę dolarów. Damy radę jakoś. Jezu, co wy sobie myślicie o nas, strach się bać. Uznajcie, że te wszystkie wydarzenia są normalne, a my nie jesteśmy wariatkami. Musiałam na chwilę podejść do umywalki, bo myślałam, że zaraz zwymiotuję przez te opary detergentu do kibla. Odkręciłam wodę i pochyliłam się nad nią. Zerknęłam na lustro. Matko. Tak źle dawno nie wyglądałam, a wierzcie mi - dbam o siebie. Podskoczyłam lekko bo do WC wbiegła jakaś postać. Nawet nie zauważyłam jakiej płci, bo szybko zniknęła w jednej z kabin. Poczułam odgłos 'ulgi' i strumień, sami wiecie czego. Nie wiedziałam właściwie co w tym momencie zrobić, więc obmyłam twarz wodą, zakręciłam strumień i wróciłam do sprzątania podczas którego słucham dźwięków z sąsiedniej kabiny. Gdy ten ktoś wyszedł po załatwieniu sprawy, byłam pewna, że opuści pomieszczenie, ale ten stanął za moimi plecami i charknął przeraźliwie. Wiedziałam już, że to osobnik płci męskiej. Odwróciłam się powoli. Był to wyższy ode mnie o głowę łysy, napakowany facet. Miał na sobie obcisłą czarną koszulkę, ciemne dżinsy i ciężkie, czarne buty. Nie powiem trochę się przeraziłam. Dziwnie na mnie patrzył.
- Co taka ładnia niunia robi o tej porze, sama, w WC dla mężczyzn? - ze strachu puściłam z rąk detergent i szczotkę.
- Ja tu tylko sprzątam... Która godzina, w zasadzie? - próbowałam jakoś zagadać, chociaż bałam się tej łysej pały. A co do godziny, serio nie wiedziałam która. Łysol podniósł rękę i spojrzał się na swój zegarek na nadgarstku.
- Dochodzi północ i nie powiem, że nie, też mam ochotę dojść.
- Słucham? - o mało się nie zadławiłam jego słowami.
- Fanka Iron Maiden? - dotknął nadruku na moim podkoszulku. Odsunęłam się wystraszona.
- Tak - chciałam przejść obok niego, ale zablokował mi przejście ręką.
- Chcesz bilety na ich koncert? Jestem ich ochroniarzem, załatwię.
- Mam już - skłamałam i czmychłam dołem, pod jego wielką ręką. Niestety, zdążył złapać mnie za włosy i przyciągnąć do siebie. Chciałam krzyknąć, ale ten zacisnął dłoń na moich ustach. Jezu, nawet nie wiecie jak bardzo się bałam. Byłam taka bezsilna. Chciałam krzyczeć. Nie mogłam. Andrea, pomóż... Łza spłynęła mi po policzku.
- To załatwię Ci dodatkowe bileciki, ale najpierw mi obciągniesz - powalił mnie na kolana. Sam stał tyłem do drzwi wejściowych. Odpiął i ściągnął spodnie, po czym uderzył mnie dosyć mocno w głowę. Straciłam na chwilę kontakt, ale zaraz wróciłam do żywych, byłam tylko lekko oszołomiona. Widziałam jego kutasa przed nosem i myślałam, że zaraz się zrzygam na to coś kurwa. Za co?! Dlaczego ja?! Chciał go już włożyć, ale kurwa nie ze mną te numery. Włożył go, ale nie myślałam, żeby go objąć ustami, po prostu kurwa ugryzłam to chujostwo. Najmocniej jak mogłam.
- Ty suko pierdolona, mój chuj! - złapał się momentalnie za przyrodzenie. Zaczął płakać. Coś mu chyba krwawiło, zaczęłam się śmiać. Moja radość nie trwała długo, bo ten pierdolony zbok podniósł mnie i rzucił o lustro. Leżałam tak na rozwalonej umywalce, widząc, że ktoś trzeci znalazł się w WC, uderzając z całej siły w tył głowy pakera. Łysol upadł na podłogę. Głowa mi pękała. Poczułam krew w ustach. Kręciło mi się w głowie. Widziałam urywki. Blondyn w dłuższych włosach podszedł do mnie i pogładził po policzku.
- Jeju, jaka jesteś słodziuchna. Zaraz się tobą zajmę. Nic się nie bój. Jestem tu - podniósł mnie z umywalki i postawił na ziemię. - Steve! Chodź mi pomóż! - wydarł się dosyć głośno, aż się skrzywiłam. - Ojej, przepraszam, już nie będę krzyczał. - Miał strasznie słodki akcent. Dziwne, znałam ten głos. Chyba mnie przytulił. Do pomieszczenia wszedł kolejny facet. Ciemne, długie, specyficznie kręcone włosy. Znam go. Niestety, moje oczy nie chciały ze mną współpracować.
- Jezu, co tu się stało? - mężczyzna gdy tylko przekroczył próg i nas zobaczył, podbiegł do nas. Podniósł moją twarz i odłożył z powrotem na ramię mojego wybawcy.
- Ten pierdolony facet był naszym ochroniarzem, chyba wiesz co chciał jej zrobić. Nie popuszczę mu tak tego.
- Z taką twarzyczką to i ja mam ochotę - zachichotał.
- Steve!
- No okej, taki żarcik. Ja już załatwię, żeby ten skurwysyn nie dostał nigdzie roboty - spojrzał się na łysola z ugryzionym kutasem na wierzchu. - zresztą, ona go już nieźle urządziła - skrzywił brwi.
- Weźmiemy Cię do hotelu, nic się nie martw, okej? Jesteś z nami bezpieczna - wyszeptał mi do ucha.
- Dziękuję - odpowiedziałam cicho. Byłam już bardziej komunikatywna i zaczęłam sobie uświadamiać kogo właśnie napotkałam... Czyżby niemożliwe stało się możliwe? Kurwa, co się dzieje! Wykrzyczałam w myślach i zemdlałam.
Ciemność.







Jakiekolwiek pojęcie o tym, co działo się w tej chwili miałam niewielkie. Spojrzenie Rosa mówiło samo za siebie. Może to ze mną było coś nie tak, że nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć.
- Co się tak gapisz? Chodź, będziemy tutaj stać, jak święte krowy?
Otrząsnęłam się jakby z transu, by po chwili szybkim krokiem wyjść z więziennej celi. Pozostała dwójka nie była zbyt zadowolona. Łatwo można to było poznać. Obrzucali mnie gnębiącymi spojrzeniami zza bujnych grzywek. Slash nie był aż tak przerażający, Izzy za to spowodował, że... Poczułam się dziwnie. Świdrował mnie tymi oczami i świdrował, jakby chcąc wywiercić we mnie dziurę.
Po wyjściu z komisariatu chłopcy postanowili, że zapalą papierosa. Axla pewnie zlinczują za wydanie dwóch tysięcy na kaucję, za nieznajomą im dziewuchę. Ni to ładną, ni to jakąś do ruchania... Wręcz dziwną, jakby porównując od otoczenia. Pociągnęłam Rudego delikatnie w swoją stronę. Zagarnęłam go z dala od gorszących spojrzeń jego kumpli.
- Słuchaj, nie musiałeś tego robić. Mimo wszystko bardzo Ci dziękuję i... Uciekam.
Pokazałam mu ruchem głowy, oraz wyrazem twarzy, o co mi chodzi. Mógł się domyślić. Miałam nadzieję, że jest na tyle ogarniętym człowiekiem, by zrozumieć mój niemy przekaz.
- Ej, ja Ci ratuję dupę, a Ty mi mówisz, że chcesz się pożegnać? A z resztą, za co siedziałaś? Mam Ci przypomnieć?
Uniosłam brwi ku górze w geście niezrozumienia.
- Nie miałaś na żarcie, musiałaś kraść. Teraz nagle wyczarujesz sobie pieniądze i zjesz coś? Z tego co mi opowiadałaś, jesteś całkowicie bez grosza przy duszy. Masz jakiś pomysł?
Dobra, tutaj Axl wykazał się czymś 'ponad' tego, czego od niego oczekiwałam. Miał niestety kurwa... Rację. Co miałam począć? Zagłodziłabym się w takim przypadku. Pieniądze z nieba nie spadają. Czy on proponował mi pomoc, tylko w taki swój, własny, odmienny sposób? Pewnie tak. Wyciągnięcie mnie z więzienia, mimo sprzeciwów swoich kupli było początkiem. Pewnie zbyt wysoko mierzyłam, ale...
- Rozumiem już. W takim razie mam iść z Tobą?
Odpowiedź była zbędna. Dostałam papierosa. Od pana Slasha. Jego mina była tak cholernie niezadowolona, jak jeszcze nigdy nie widziałam. Dobra, w innym przypadku mogłoby to zabrzmieć dziwnie. Gościa „znałam” od góra dwudziestu minut… W praktyce. Rzeczywistość się nieco różniła.
Włożyłam fajkę między wargi, pozwalając kudłatemu na podpalenie mi jej. Podchodziłam dosyć ostrożnie do tego czynu, jeszcze przypadkiem jego ręka omsknęłaby się… Cholera, o czym ja myślę, nie miał zamiaru mnie podpalić! Zaciągnęłam się używką, czując natychmiastową gorycz na języku. Ulga. Szkoda tylko, że w mojej głowie czułam karuzelę. Przymknęłam oczy zaciągając się raz jeszcze. Sytuacja opanowana po kilku sztachnięciach. Zawsze przestrzegam siebie: Nie ciągnij tych fajek tak mocno, kiedy jesteś na głodzie. Nie, nie mowa o tym narkotykowym. Whatever. Papieros spalony w oka mgnieniu. Zdusiłam filtr czubkiem mojej poobdzieranej tenisówki. Rozejrzałam się wokół. Dopiero w tym momencie poczułam przytłaczające konsekwencje sytuacji w jakiej się znalazłam. Pieniędzy zero. Jedzenia zero. Skrawka dachu nad głową zero. Wszystkiego brak, a to dopiero początek i nie zanosi się na nagłą poprawę.
Fakt, teraz czeka mnie spacer w nieznanym kierunku z Axlem i jego watahą. Jak to komicznie brzmi, co? Najmniej istotne w sumie. Może dostanę coś do jedzenia. Skoro kazał mi iść z nim, zamiast szlajać się bez celu ulicami, miał plan co do mojej osoby. Byle nie nazbyt mroczny, wolałabym wrócić w całym kawałku. Właśnie… Haczyk. Ciekawe jak my to zrobimy? Klaśnięciem w dłonie? Pstryknięciem palcami? Jakimś magicznym zaklęciem? Abrakadabra! Hokus-pokus! Dość. To śmieszne, nie mogę pozwolić na postrzeganie mnie jako śmieszną.
- Chodźmy, bo z takim rucha.. Z takimi ruchami daleko nie dojdziemy.
Rzekł do nas zakłaczony Slash, po chwili gasząc chyba już trzecią fajkę, o but. Nałożył okulary na nos. Potrząsnął swoją łepetyną i ruszył naprzód. Rose szepnął mi jedynie, że droga nieco długa, ale dostanę coś do jedzenie. Nogi miałam akurat wypoczęte, gorzej z siłą by iść. Przecież nie powiedziałabym mu o tym.
~ Ej słuchaj rudy, ponieś mnie, bo brakuje mi siły.
Zaśmiałam się sama do siebie. Musiało wyglądać to dziwnie. Wzrok obydwu spoczął na mojej twarzy. Wzruszyłam jedynie ramionami, machając na to wszystko dłonią. Po co się rozprawiać o moim durnym zachowaniu. Ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w pobliże ich „rezydencji”. Nie weszłam do wewnątrz. Axl oznajmił, że pójdzie ze mną coś zjeść, a chłopcy zostawili nam trochę pieniędzy. Miałam wrażenie, że pożrą mnie wzrokiem. Tak jak ja za pewne chamsko jedzenie, które dostanę, lub nie.
- Przerażają mnie.
Odwróciłam się kilka razy, widząc oddalających się – Izziego ze Slashem. Nie wiedziałam sama co myśleć. Poniekąd ich rozumiałam…
- Nie martw się, kasa i tak poszłaby na dziwki. Niech się bawią ze sobą. Ja przynajmniej zrobiłem dobry uczynek. Chodź jeść, jesteś sucha jak śliwka suszona. Kurwa.
Porównania mojego wybawcy zostawiam bez zbędnych komentarzy. Skręciliśmy na drugą stronę ulicy, by następnie wejść do jakiegoś Fast Foodu. Tam ponoć jedzenie można dostać najtańsze. Poczułam się trochę jak dzieciak. Axl rozkazał siąść mi na plastykowych siedzeniach przy oknie. Dlaczego w tamtym miejscu? Nie wiem. Nie wnikałam.
- Proszę.
Kiwnęłam głową na odchodzącą dziewczynę, która postawiła przed nami tacę. Rose przysunął w moją stronę papierowe pudełeczko z długimi frytkami.
- Częstuj się.
Wiedziałam, że moim jedynym odruchem będzie pożeranie wszystkiego w oszałamiająco szybkim tempie. […] Przy posiłku wtajemniczyłam go – oczywiście nie całościowo – w moją sytuację. Uciekłby z piskiem, gdybym napomknęła coś o tym, że jestem z NY, ale roku 2014. Nie on jeden.
Powstrzymałam się jakoś od pożarcia jedzenia. Weszłam do niebieskiej i jasnej łazienki. Obmyłam twarz letnią wodą. Moje odbicie w lustrze nie było powalające. Tutaj przyszło zdziwienie – czyżby rzeczywiście w tym więzieniu oczarował go mój charakter, a nie wygląd? Śmiechu warte. Przeczesałam włosy delikatnie zwilżonymi palcami. Były brzydkie. Oklapnięte i nieświeże. Ten zabieg troszkę pomógł. Marzyłam jednak o orzeźwiającym prysznicu. Może uda się to zrealizować… kiedyś.
- Wróciłam. Idziemy?
Stanęłam za plecami Rosa. Nieco się wzdrygnął. Wstał jednak wolno z krzesełka. Wyszliśmy znów na powietrze. Nieco się ochłodziło, co było jak najbardziej dobrym zjawiskiem, jak dla mnie. Wolałam nie spocić się jak świnia, łażąc długie godziny po mieście. 
[...]
- Nie sądzisz, że to głupie? - Nagle zapytał, wyrywając mnie z rozmyślania, rudy kolega.
- Ale co?
Mówiąc szczerze, nie wiedziałam nawet, czy wcześniej coś do mnie mówił. Głupio mi było. Wytężyłam każdy ze zmysłów, by choć udawać zainteresowanie. Axl jedynie westchnął zrezygnowany.
- Te poszukiwania. – Mlasnął. – To takie… jakbyśmy kurwa szukali igły w stogu siana.
Odwróciłam wzrok. Szłam wolno dalej, bez słowa.
- Ja wiem. Nie musisz ze mną łazić. Wróć do domu. Naprawdę. Już bardzo wiele mi pomogłeś, a ja… nie oczekuję niczego. Nawet nie wiem jak mam dziękować.
Rose wykrzywił usta we wredny uśmiech. Nie rozumiałam. Wzruszyłam jedynie ramionami. Jakoś niezbyt chciało mi się, wchodzić do jego głowy. Doczekałam się odpowiedzi po dłuższej chwili. W jego głosie można było wyczuć nutę irytacji.
- Nie idziesz nigdzie sama. Kpisz sobie. – Pokręcił głową, odwracając wzrok. Zawiesił go na niewielkim pasie zieleni obok.
Dalej mało mi to mówiło.
- Dobrze, chciałam być miła, widzę, że jesteś zmęczony. Ja z resztą też.
Nic już nie mówiliśmy. Axl zwolnił nieco kroku. Wcześniej niesamowicie gonił, przez co nie byłam w stanie nadążyć. Pociągnął mnie za nadgarstek. Przysiedliśmy na ławce. Czyżby czytał w moich myślach? Odchyliłam głowę w tył. Przymknęłam oczy. Raj. Co prawda park nie różnił się niczym od tych nowojorskich, czy nawet wiejskich. Chodziło tutaj bardziej o to, z kim w nim odpoczywałam i w jakich czasach. Wiatr owiewał moją zmęczoną poszukiwaniami twarz.
- Moim zdaniem trzeba zrezygnować. Nie znajdziemy jej. Zgłosimy zaginięcie.
Podniosłam się momentalnie do siadu. Żartował? Przecież my nawet się jeszcze nie narodziłyśmy. Nasi rodzice prawdopodobnie nawet się nie znali. Spanikowałam.
- Ale… yyy.
Tylko na tyle było mnie stać. Gratuluję. Wyduszenie z siebie jęku.
- Zaufaj mi. 
Jego ton był tak delikatny i jednocześnie pewny siebie, że nie potrafiłam nie posłuchać. Długą chwilę milczeliśmy. To chyba było moje przyzwolenie na jego prośbę. Czy też bardziej stwierdzenie. Na pytania retoryczne przecież się nie odpowiada. W pewnym momencie czułam jak ściąga mnie wzrokiem. Dlatego niby to przypadkiem spojrzałam w jego stronę. Powoli odwracając głowę. Uśmiechnęłam się nikle, by w końcu się odezwać.
- No co?
Zaśmiał się krótko, kręcąc głową. 
- Nic. - Wzruszył ramionami. Dopiero po kilku sekundach zbliżył twarz do mojej. 
Moje serce jak gdyby stanęło na chwilę w miejscu. Gdy przycisnął swoje usta do moich. Dotknął palcami skóry na policzku, a ja przymknęłam powieki mimowolnie. Trwało to jak dla mnie ułamek sekundy. Jednak wywarło na mnie niemałe wrażenie. Zmroziło mnie. Otworzyłam prędko oczy, widząc przed sobą, dalej wyraźnie, z bliska, twarz wybawcy. Już miał coś powiedzieć...
- Victoria! - zawołałam najgłośniej jak się dało.
Kiedy ja niespodziewanie odskoczyłam od niego, podniosłam i pędem ruszyłam w stronę przyjaciółki, która właśnie odwróciła się za głosem.