środa, 25 grudnia 2013

Rozdział II.

         Nie wiem co się stało i nie wiem jak tu się znalazłyśmy. Wiem tylko tyle, że właśnie stąpam po ziemi Los Angeles i to w 87 roku. Czyżby niemożliwe stało się możliwe? Nie wiedziałam czy to sen, czy jawa, ale to tak naprawdę było najmniej istotne - ważne było to jak świetnie się obydwie czułyśmy. Liczy się tu i teraz.
          Szłam chodnikiem rozglądając się i podziwiając piękne widoki. Jest tak inaczej, taka inna atmosfera. nie da się tego wytłumaczyć. Jest cudownie, pomyślałam jednocześnie zaciągając się pachnącym powietrzem. Idąc z Andreą ulicami Miasta Aniołów mijali nas najprawdziwszy ludzie z lat osiemdziesiątych.
        Nawet nie wiecie jakie to przeżycie! Po pewnym czasie, gdy przeszłyśmy już dobry kawałek idąc przed siebie i podziwiając widoki, nogi zaczynały dawać nam o sobie znać. Doszłyśmy do miejsca gdzie otaczała nas sama zieleń. Wskazałam palcem na białą tabliczkę z napisem "Wattles Garden Park". 
- Chodź, odpoczniemy. Przy okazji zobaczymy napis Hollywood. Z tego parku go widać, jeśli się nie mylę - rzuciłam do przyjaciółki idąc w kierunku wejścia.
          Weszłyśmy dobre 200 metrów w głąb ogrodu. An walnęła się całym ciałem na soczystą, zieloną trawę, natomiast ja usiadłam kulturalnie na ławce obok. Ona wpatrywała się w błękitne niebo, ja natomiast podziwiałam słynne HOLLYWOOD. Milczałyśmy tak przez dobre pół godziny, kiedy moja towarzyszka się odezwała:
- Nie wiem co jest kurwa grane, ale strasznie mi się tu podoba. Jeśli to jest sen, to jest w chuj realny. Niech nigdy się nie kończy.
- Wiesz, jestem tego samego zdania. Nie słyszałam, żeby w 2013 roku ktoś niespodziewanie przeniósł się do przeszłości - odpowiedziałam.
- Może... Może jesteśmy pierwszym takim przypadkiem? - zaśmiała się.
- Szczerze, to cała ta sytuacja mi się w głowie nie mieści i gdy o tym myślę to łeb mi pęka, więc zostawmy ten temat. Cieszmy się chwilą - powiedziałam to co myślałam. Serio, nie mogłam tego pojąć. Postawcie się w mojej sytuacji. Zasypiacie w swoim domu, budzicie się w latach 80 i nic nie wskazuje na to, że to jest sen.           Znam się trochę na świadomym śnie, więc pomyślałam, że zmienię lokalizacje, ale nic nie ruszyło. To wszystko jest prawdziwe... A może to jakaś inna odmiana snu? Mniejsza. Zaburczało mi w brzuchu. Głód. Od rana nic nie jadłam, zresztą Andrea też.
- Jesteśmy spłukane, nie mamy żadnej kasy. Jakieś pomysły? - wstała z trawnika otrzepując tyłek.
- Zero - wyciągnęłam się na ławce.
- Musimy wydostać się z tego parku i znaleźć jakiś sklep. Coś się wymyśli. Ruszaj się - klepnęła mnie w ramię i ruszyła przed siebie. Podążyłam za nią, spoglądając jeszcze kilka razy słynne litery na górze.
             W zasadzie sklepów w LA nie brakuje, ale po wyjściu z parku, znajdowałyśmy się na dzielnicy gdzie było pełno domków jednorodzinnych. Postanowiłyśmy więc iść przed siebie, żeby wyjść z ich strefy, by zbliżyć się bardziej do centrum. Idąc śpiewałyśmy na cały głos Paradise City, Gunsów czym wzbudziłyśmy sympatie napotkanych przez nas ludzi. Milutko! Po dobrej godzinnej przechadzce napotkałyśmy dwóch, młodych, długowłosych chłopaków którzy grali na klasykach na ulicy. Siedzieli na murku i rzępolili na swoim sprzęcie. Andrea, jak to Andrea złapała mnie za rękę i zaciągnęła bliżej nich.
           Musiała posłuchać, musiała... Oby dwaj grali, ale jeden z nich, ten w krótszych włosach śpiewał. I jeśli mam być szczera, był przeciętny. Nic specjalnego, ale oczywiście moja przyjaciółka miała już kisiel w gaciach. Grali chyba coś swojego, bo nie mogłam rozpoznać utworu. Pewnie sami coś tam bazgrolą. Stałam z założonymi rękoma, patrząc w niebo i przewracając oczami ze zniecierpliwienia. Wreszcie skończyli. Jeden wyjął papierosa, by zapalić, drugi - wokalista - podszedł do nas, a właściwie to do An.
- Cześć Złotko, chyba nie jesteś stąd?
- Aż tak bardzo widać? - uśmiechnęła się niepewnie.
- Skąd jesteście? Co tu robicie? - zapytał się przyjacielskim tonem.
- Nowy York, zwiedzamy - wtrąciłam.
- Polecam się jako przewodnik, mów mi Jerry - uśmiechnął się uwodzicielsko do mojej towarzyszki. Chyba przewodnik pochwy An, pomyślałam.
-  Naprawdę? Jestem Andrea, miło mi - tak, wdzięczyła się do niego. Facet miał już jej odpowiedzieć, ale ja odciągnęłam ją na bok. Pokazałam dłonią znak temu całemu chłopakowi, że to zajmie chwilę, na co on podszedł do swojego kolegi, pod murek.
- Słuchaj, jestem głodna.
- Słyszę - spojrzała na mój brzuch z którego wydobywały się dziwne odgłosy, wróciła wzrokiem na moje oczy. - ale to jest chłopak z lat 80 i to niczego sobie!
- Nie trać na niego czasu, pomyśl, mamy rok 1987, jakieś wnioski? - cisza. - Oh, Andrea! Nasze ulubione zespoły są młode, możemy je poznać z bliska. Większość członków tych zespołów jest na wyciągnięcie ręki. Czy to nie wspaniałe?! - Ostatnie zdanie, właściwie to pytanie wypowiedziałam dość głośno, można powiedzieć, że krzyknęłam.
- O kurwa, faktycznie! - chyba się tym podjarała.
- Dlatego zostaw tego gościa w spokoju. Teraz chodźmy do tego sklepu bo umieram - złapałam ją za dłoń i pociągnęłam. Zdążyła pomachać Jerremu i na tym ich znajomość się skończyła. Już miałam wejść do pierwszego lepszego sklepu który zobaczyłam, ale usłyszałam za sobą pisk.
- Victoria! Matko, zobacz! Walk Of Fame! Chodź musimy przejść chociaż kilka metrów tą Aleją, proszę! Wiesz, że Cię kocham? - Andrea zrobiła słodkie oczka. Oczywiście się zgodziłam. Wszystko dla niej, ja umrę z głodu, ale przecież najważniejsze jest, żebyśmy zobaczyły Aleję Gwiazd.
           Dobra, już tak nie narzekam. Szczerze, to ja też chciałam tam iść. Więc ruszyłam tyłek ze schodów sklepu, objęłam moją kochaną przyjaciółkę ręką i ruszyłyśmy na zwiedzanie. Tak, to był zdecydowanie najlepszy poranek i popołudnie w moim życiu, niby nic specjalnego nie robiłyśmy, ale gdy przenosisz się do wymarzonych lat osiemdziesiątych wszystko jest wspaniałe, piękne i kolorowe...



Spaść tak w lata osiemdziesiąte bez grosza przy duszy, kto to w ogóle wymyślił? Dobra, ogólnie czy ktoś spodziewałby się przynajmniej przez sekundę, że wylądujemy znikąd w naszym Rajskim Mieście, w najcudowniejszych latach w historii? Wątpię. To się nie śniło nawet filozofom. Kurwa, o czym Ty pierdolisz, za przeproszeniem, moja droga Andreo? W zasadzie dlaczego ja proszę o wybaczenie własne myśli, samą siebie? Aaaa, no tak, przecież odnoszę się też niejako do drogich czytelników. Wszystko jednak ze mną cacy. 
 Zastanawiacie się pewnie skąd moja niepohamowana gonitwa myśli? W zasadzie powodowana jest pustką w moim małym żołądku. Tak, jakby nie patrzeć My, modelki, również potrzebujemy jakichś kalorii do życia. A nawet jeśli, to nie mam skąd wytrzasnąć dietetycznej coli, która tak prawdę mówiąc wcale takową nie jest. 
 Kiedy wyszłyśmy z "Alei gwiazd" czułam nie tylko ból brzucha, ale i okropny i nieznośny promieniujący ból nóg. Nałaziłyśmy się jak głupie. Chociaż z drugiej strony co innego miałyśmy do roboty? Siedzieć na dupie, na chodniku, czy krawężniku, albo jakiejś zielonej trawce? Nie, to byłaby totalna paranoja i zajeżdżająca wręcz hipokryzją...
Potrzebujemy razem z Victorią jakiegoś żarcia, picia, czy chociażby suchej bułki. Zaczął się nasz raj na ziemi, a my mamy pozdychać z pragnienia, czy głodu? Taka śmierć mnie ani trochę nie satysfakcjonuje. Taka. Sraka. Owaka. Żadna. W tym momencie chcę żyć wiecznie. Jak to brzmi, aż skojarzyło się tak głupio z tymi masowymi literackimi kiczami, typu 'Pamiętniki wampirów' czy totalnie przeorana 'Saga: Zmierzch'. O cholera, dopiero teraz do mnie dotarło, że żadnego z wymienionych jeszcze nikt nawet nie wymyślił. Czyż świat nie jest cudowny bez tego chłamu? 
Moje rozmyślania o dupie marynie momentalnie zakłóciła przestępująca z nogi na nogę Vic.
Skierowałam wzrok na nią. Spojrzenie brzmiało 'Co Ty u diabła robisz?', odczytała to jak mniemam, od razu odpowiedziała na moje nieme pytanie.
- Jezuuu, szczać mi się chce, nie patrz tak na mnie. Potrzeby fizjologiczne są naprawdę ważne w naszym życiu... 
Przewróciłam oczyma. Zaczęłam pogardliwie kręcić głową. 
- Serio, nie wiedziałabym, że sikanie jest nam w życiu niezbędne.
Odpowiedziałam zgryźliwie układając usta w cienki pasek. Znalazłyśmy nieopodal, na trasie naszej wycieczki, bar, do którego wepchnęłam przyjaciółkę.
- Idź, godzin szczytu dla tej spelunki nie ma, to możemy spokojnie iść do kibla. 
Gdy w końcu dziewczyna zniknęła za drzwiami WC, ja zaczęłam przeglądać się w lustrze. Co my mamy teraz zrobić? Nie mamy pieniędzy, jedzenia, noclegu, ubrań na zmianę... To wszystko przysłoni mi piękno mojego marzenia. 
Złapałam się nerwowo za głowę. Łokcie oparłam na umywalce zastanawiając się dłuższą chwilę nad tym co dalej... Zacisnęłam tak mocno palce na skroniach, aż zaczęło mnie boleć. 
- Chodź, już możemy iść.
Dopiero głos kobiety wyrwał mnie z transu. Im dłużej myślałam, tym większy chaos tworzyło mi to w głowie. Natłok wrażeń, co? Coś się wymyśli, przecież nie my jedne jesteśmy w takiej sytuacji. Dobrze, nie do końca identycznej... Są ludzie bez kasy, domów, jedzenia, wanny... Kurwa mać!
Wyszłam spiesznym krokiem z pubu. Rozejrzałam dookoła.
Jedyne co przychodziło mi w tym momencie do głowy, było co najmniej niepoważne. Użyłabym w tym przypadku o wiele bardziej trafnych, oraz nieładnych słów... Jednak, powstrzymam się. 
- Wiem jak zdobyć żarcie.
Przyjaciółka spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem, oczami błyszczącymi jak węgielki, a ja... Bałam się jej reakcji, na słowa, które zaraz usłyszy. 
- No?
- Noooooo... Pójdę do sklepu... - Urwałam. Zrobiłam skrzywioną minę, jednak Victoria nacisnęła, więc dokończyłam. - I coś ukradnę.
 Zdziwiłam się. Oczekiwałam jakiegoś krzyku, pisku, umoralniania mnie, wykładów, kazań, rekolekcji... Dobra, jak zwykle się zagalopowałam. Jednak wszyscy są mądrzy i potrafią domyślić się bez problemu na co liczyłam. 
Stwierdziła jedynie:
- Nie mamy wyjścia. 
Jej słowa jak zwykle były wręcz wykurwiście oczywiste, ale teraz nie czas, miejsce i sytuacja na kłótnie, czy też moje wredne docinki. Obawiałam się, naprawdę, jednak nic innego nie wchodziło w grę. 
Nie myślcie sobie, że pod uwagę nie brałam pracy. Była jedną z kilku opcji. Została jednak szybko odrzucona. Pomyślmy. Kto przyjmie kogoś obcego, bez CV, kwalifikacji, rekomendacji, w 'dziwnych' ciuchach, oraz całkowicie spłukanego, bez adresu zameldowania..? Sami rozumiecie. Pozostawała droga niestety nieuczciwa, przestępcza, chujowa za razem. 
- Idź, po prostu wejdź... - Rzuciła do mnie Vic.
Miałam po prostu to zrobić, brzmi niesamowicie dwuznacznie. Powinnam wziąć to nieco poważniej, jednak trudno było mi w tym momencie wyzbyć się moich głównych cech.
Weszłam pewnym krokiem do spożywczego. Rozejrzałam się powoli po regałach. Typowo normalny, osiedlowy sklepik. Liczyłam na to, że sprzedawca będzie gdzieś na zapleczu... (...)
Spojrzałam z wymownym wyrazem twarzy na przyjaciółkę, która udawała, że przegląda półkę z czasopismami. Słyszała już jak policja wypytuje mnie o moje 'motywy'. Zastanawiacie się o czym mówię? Jakie gliny? Skąd? Po co? Dlaczego? Jakie znowu wypytywanie, motywy, z dupy sobie wzięła? Otóż nie. Niestety. Mowa była o tym co skierowało mnie do zbrodni. Brzmi jakbym kogoś zabiła. Jednak jedynie dopuściłam się kradzieży, na której zostałam przyłapana.
 Bezzwłocznie po mojej odmowie współpracy, policjant siłą skuł nie w kajdanki. Ręce teraz miałam skrępowane z plecami. Niesamowicie niewygodne, nie polecam. Jak widać żart trzyma się mnie jak rzep psiego ogona, nawet w takiej niezbyt zabawnej sytuacji. Powiedziałabym, że sytuacja była wręcz podła. Przykra. Niefortunna.
 Boże, co mnie wzięło na opisywanie mojego chujowego losu. Prychnęłam niezadowolona, gdy pchnął mnie nieznacznie do przodu. Widziałam przerażenie na twarzy Victorii. Mężczyzna z okularami na nosie zaczął wolno wyprowadzać mnie z budynku. Mało bym się na progu nie zabiła. Musiałam w jakiś sposób „niemo” w sekundę dogadać się z Victorią co robić dalej…
Gdy już siedziałam na siedzeniu z tyłu radiowozu zaczynałam obmyślać plan ucieczki. Pamiętam jak pierwszy raz spisywali mnie, jak miałam piętnaście lat. Fakt pozostaje faktem, że wtedy nie odpowiadałam za swoje czyny, byłam za młoda. Rodzice jakoś też przymknęli na to oko. Papierosy w naszym domu nie były niczym mocno zakazanym. Może to źle świadczyć o moich ukochanych starszych. Jebać to na ten czas.
          W celi znalazłam się po niedługim czasie. Siedziało tam dwóch dziwnych, napakowanych, łysych, z nieprzyjemnym wyrazem twarzy typów. W kącie przyuważyłam jeszcze jednego, mniej przerażającego jak na moje oko. Zastanawiałam się długi czas czy nie powinni wrzucić mnie do jakiejś oddzielnej... Przysiadłam obok mężczyzny skulonego na więziennej leżance. Wzdrygnął się podnosząc głowę. Oniemiałam. To był Rose. Zbyt zajebiście, żeby było prawdziwie... Cholera jasna, przecież teraz już przed ujrzeniem go, było wystarczająco cudownie.
- Laska w celi, czy jesteś transwestytą?
          Zabrzmiał jego niski, męski głos, a ja wręcz nie osikałam się ze szczęścia. Tak prawdę mówiąc niezbyt docierał do mnie sens jego słów. Po czasie zdałam sobie jednak sprawę co powiedział. Sama nie wiem czemu, ale rozbawiło mnie to pytanie, gdyby nie był Axlem, za pewne wkurwiłabym się jak nigdy wcześniej. Teraz wydało mi się prześmieszne, a nawet w pewien sposób urocze. Jestem chyba psychopatką.
- Nie udowodnię, ale jestem kobietą.
          Miałam jedynie nadzieję, że zabrzmiałam wystarczająco naturalnie i na luzie. Moje obawy zostały rozwiane, gdy usłyszałam jak uśmiecha się pod nosem. Pierwszy raz w życiu dane mi było widzieć jego, a co mówić z tak bliska, w dodatku w wieku dwudziestu-paru lat. 
- Nie udowodnisz, ale jesteś kobietą. Może w końcu nie będę musiał ruchać w dupę, ani być w nią dymany.
     Poruszył brwiami, mierząc mnie od góry do dołu swoimi zielonymi oczami. Zaśmiałam się na jego słowa gardłowo. Jeszcze czego, marzy mu się nie wiadomo co, faceeeeeci! (...)
      O dziwo wokalista nie miał w zamiarze dopierdolić się do mnie w jakiś chamski sposób. Rozmawialiśmy! Autentycznie. Przez ten cały czas zapomniałam zupełnie o Vic. Dopiero kiedy rudy zapytał:
- Ciebie ktoś ma zamiar stąd wyciągnąć?
Zaczęłam poważnie martwić się o mój dalszy los, o przyjaciółkę i nasz 'Anielski Raj'. 
- Nie. To znaczy tak... - Prędko poprawiłam. - Tyle, że nie zabierze, nie mamy kasy, dlatego właśnie tutaj jestem.
       Zabrzmiałam pewnie dosyć żałośnie. Nasza sytuacja nie była kolorowa, na złość musiał mi przypomnieć. Rozmowa na tym została zakończona. Rose jedynie w odpowiedzi pokręcił delikatnie głową na boki. Siedzieliśmy długo w milczeniu. Wyrzuty sumienia zaczynały mnie zżerać. Zapytasz czytelniku czy powinny? Sama nie wiem, w zasadzie nie miałyśmy innego wyjścia. Jeżeli nie ja, to Vica teraz musiałaby tutaj siedzieć. Chujowym wyborem był mały sklep, w jakimś większym może udałoby się wyjść niezauważonym. O czym ja pierdolę, przecież ja jestem w sukience, w której nie ma kieszeni. Gdzie miałabym schować te skradzione rzeczy? Do butów?
         Nie wiem czy przysnęłam na ścianie, skulona, czy może urwał mi się film... bo ocknęłam się dopiero jak przez okno oblepione pajęczyną wdarło się kilka promieni słonecznych. Zaklęłam pod nosem czując czyjeś ciało na swoim. Boże, Rose na mnie leżał, nie wierzę... Spokojnie, zachowaj spokój, nie rób gwałtownych ruchów... szkoda, że nie miałam aparatu. Kurwa, o czym ja myślę w takiej chwili. Zapominałam co to zdrowy rozsądek. Powinnam zastanowić się jak się stąd wydostanę, co robi Victoria i czy zdobyła coś do jedzenia. Dwóch napakowanych facetów chyba noc miało bardzo upojną, bo jeden z nich nie miał... Ja pierdole, nie musiałam tego widzieć. Uraz do końca życia, co najmniej.
- Zaraz mnie stąd zabiorą.
         Usłyszałam niesamowicie ochrypnięty głos Axla, dobiegający gdzieś jakby zza ściany. Spojrzałam na niego przecierając delikatnie oczy. Byłam padnięta. Warunku w jakich spałam - o ile spałam - były niesamowicie nieprzyjazne, jednak czego ja się mogłam spodziewać po celi przejściowej.
- No tak, Twoi znajomi. - Powiedziałam z żalem w głosie. Po mnie nikt nie przyjdzie. - Miło mi było Cię poznać.
- Jeszcze się zobaczymy, wierz mi.
         Uśmiechnął się półprzytomnie. Podniósł się, by następnie podejść do "naszej łazienki" czyli pisuaru, niczym nie zasłoniętego. Szybko odwróciłam wzrok. Patrzyłam prosto na biurko na którym przysypiała glina pilnująca nas przez całą noc. Cholera, jestem tutaj kilkanaście godzin, a już czuje się okropnie.
     Po jakimś czasie usłyszałam rozmowy, znów spałam, teraz to ja korzystałam z ramienia mojego "towarzysza w niedoli". Otworzyłam leniwie oczy. Rose zerwał się z miejsca. Kraty zostały otworzone. To już? Zostanę tutaj z dwójką napakowanych, ruchających się jak króliki gejów?
- Iz, wpłaciliście?
        Axl odezwał się w stronę Izziego. Zajebiste uczucie, znać kogoś, kogo powinno się widzieć pierwszy raz, to aż śmieszne.
- Inaczej kutasie nie myty nie otwieraliby Ci skurwiałych krat, nie myślisz? - Powiedział akurat Slash, Izzy milczał, widać pytanie rudego było dla niego bardziej retoryczne.
- Milcz psie, macie jeszcze jakieś pieniądze?
Slash odrzucił głowę w tył, odwracając się plecami.
- Mamy, czego kurwa chcesz?
         Stradlin w końcu wydał z siebie głos. Rozbawiło mnie jego olewawcze podejście do wokalisty, chyba niezbyt mu się to podoba. Szkoda, że nie widzę wyrazu jego twarzy. Ciekawi mnie też, dlaczego jeszcze tutaj stoją, zamiast czym prędzej wynosić się z tego obszczanego więzienia.
- Zapłać kaucje za nią.
          Odwrócił się w moją stronę. Moje oczy przybrały kształt pięciozłotówek. Długo nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam, czy naprawdę może być tak pięknie?

środa, 18 grudnia 2013

Rozdział I.

     Jak zwykle wpadałam na wspaniałomyślne pomysły. Czasem byłam narcyzem. Jednak w większości przypadków nie potrafiłam oceniać siebie w mało krytycznym świetle. Byłam bardzo wysoka, co czasem było uciążliwe. Wyobraźcie sobie, że każdy chłopak zaczynając od czasów mojej edukacji był ode mnie o głowę niższy. Później dopiero zaczynaliśmy się wyrównywać, by następnie mnie przerastać. Jednak nigdy nie miałam chłopaka. Może to z powodu mojego charakteru. Wygląd powinien być w porządku, przecież modelką  nie zostaje byle kto, z przeciętną i podłą urodą. Prawda? Najzwyczajniej w świecie trudno było im mnie docenić. Dzisiaj jestem zajebista, lubię siebie.
     Zaczęłam podśpiewywać mimo woli piosenkę "Yesterday" zespołu Guns n Roses. Oh, jak ja ją uwielbiam... Powinnam przejść do faktów bardziej oczywistych i dla nas ważniejszych. Planowałam się napierdolić, naćpać, czy zjarać. Tyle papierosów kupiłam... znajomi mieli przynieść ze sobą coś białego i pachnącego. Mowa o kokainie i marihuanie. Dla mało wtajemniczonych. Seksu, chce mi się seksu. Boże, dlaczego ostatnio stałam się nad aktywna w tej sprawie? Dobrze, że udawało mi się chociaż trafiać na takich, którzy mogą mnie przelecieć bez związku. Oczywiście niezbyt przypadkowi, raczej znajomi, którym włącza się popęd jak u królików.
       Czyż to nie zabawne? Planowałam całą imprezę tygodniami, jestem jakaś pojebana. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Żadnych uchybień od reguły. Działanie jak w najlepszym zegarku. Andrea, pierdolcu Ty, dlaczego musisz wszystko tak dogłębnie analizować...
       Właśnie jeżeli już mowa o dogłębności... Kurwa!
     Ta impreza miała przejść do historii. Niedługo wszyscy będą mówić o mnie. 'Tak, Andrea, tak, ona, która zrobiła najlepszą balangę we wszechświecie!' no... I oczywiście Victoria. Przecież jakbym o niej zapomniała, za pewne, mówiąc delikatnie powiesiłaby mnie za kłaki na pobliskim płocie. Ah, ta więź między najlepszymi przyjaciółkami. Srają do siebie uśmieszkami, słodkimi gównianymi tekstami, by za chwile skakać sobie do oczu, gdy jedna spojrzy na chłopaka, który drugiej się podoba. Cóż... Więcej nie powiem, jak po prostu... Przyjaźń.
           Jak dla mnie ten wstęp jest dosyć kiczowaty, łzawy i nudny, dlatego przejdę do przygotowania naszej epickiej imprezy. Najważniejsze rzeczy zostały zakupione w ten sam dzień. Marihuana. Boże jaka piękna, pachnąca... Aż kusi, żeby zapalić... Nie, nie mogę, przecież trzeba będzie ogarniać jakoś całą tą rozszalałą dzicz, która zleci się do nas na chatę. Piwo stało w przenośnej lodówce z lodem już kilka godzin. Ciepłe jest ohydne, smakuje jak siki, albo rzygi. Nie, nie próbowałam nigdy żadnego z powyższych. Niemądry czytelniku. 
       Coś do jedzenia, jakieś chipsy, coca-cola do zrobienia jakichś chujowych mikstur z toną toniku, whisky, bądź tradycyjnie - czystej - stoi i elegancko oczekuje na przybycie naszej wiary. Ludzie pewnie wszystko nam poniszczą, wydamy na nich fortunę, ale KTO BOGATEMU ZABRONI, jak się zarabia, to się ma. A taka impreza jest wręcz obowiązkowa, jeżeli chce się zjednać do siebie ludzi. Przyciągnąć. A w jaki inny sposób to zrobimy? Zaprosimy ich na herbatkę, ciasteczka do eleganckiej kawiarenki, gdzie w ciszy będziemy ją popijać kurwa z porcelanowej wykwintnej zastawy, kosztującej krocie? Śmiechu warte, serio...
          Nie ma zbytnio co się rozchodzić nad nieistotnymi faktami, trzeba skoczyć na górę zmienić fatałaszki. Wcisnęłam się w obcisłą, czarną sukienkę. Nałożyłam wysokie obcasy, niedbale upięłam włosy, by następnie szybko się umalować. Musiałyśmy z Viką wyglądać olśniewająco. Musieli zapamiętać nas jak najlepiej. Tylko kurwa jak ja ich wszystkich upilnuje na tych osranych szpilach?
     Obejrzałam jeszcze na szybko całe pomieszczenie, wydawało się być w porządku. Pizza była zamówiona. Nie miałam pojęcia jak wielu ludzi przyjdzie, jednak zaproszonych było około pięćdziesięciu. Jak można się domyślić będzie ich albo mniej, albo dwa razy więcej. Jeden powie, że weźmie swojego kumpla, drugi kumpel weźmie koleżankę do kolekcji. A nasz dom będzie pękał w szwach. Moja ukochana toaleta będzie zajebiście zarzygana, już to czułam. Dobrze by było, gdyby jedynie tamto pomieszczenie było... pewnie mój ukochany dywan... kurwa chyba go zaraz zwinę i schowam do szafki. 
      Dlaczego zawsze byłam taką panikarą? Przesadzasz Andrea, dociera? Prze-sa-dzasz. To tylko impreza... tylko impreza na pięćdziesiąt osób... Tylko mnóstwo ludzi depczących mój świeżo wyprany puchaty dywan... Do moich uszu dobiegł dźwięk pukania, a następnie walenia do drzwi, w połączeniu z chamskim wciskaniem dzwonka. 
- Ja pierdole! 
        Krzyknęłam w głos, gdy akurat byłam w połowie... zwijania dywanu. Szybko wepchnęłam go na siłę do schowka. W tym samym momencie Victoria zbiegła po schodach krzycząc: Luz, ja otworzę..



        Pociągnęłam ostatni raz mascarą po rzęsach, po czym zakręcając tusz stanęłam przed wielkim lustrem w moim pokoju. Okręciłam się dwa razy wokół własnej osi, wpatrując się w odbicie. Nie oszukujmy się, jestem młodą, wysoką i atrakcyjną kobietą. Ciemno-brązowe włosy, niebieskie oczy, pełne usta i mocno zarysowana szczęka... Zmarszczyłam brwi. 
- No i chuj z tego, a faceta se znaleźć na stałe nie możesz. Ja pierdole - krzyknęłam do swojego odbicia, po czym rzuciłam na swoje łóżko mascarę, którą miętosiłam cały czas w ręku. 
      Zerknęłam jeszcze raz na siebie kątem oka. Miałam na sobie czarny t-shirt z logiem Iron Maiden (Żelazna Dziewica, tak jestem dziewicą), mojego ulubionego zespołu, baaardzo obcisłe, skórzane spodnie - które podkreślały mój piękny tyłeczek. No i na stopach moje ulubione trampki. Może coś ze mną jest jednak nie tak. Przygryzłam wargę. Żaden mężczyzna nie bierze mnie na poważnie. Głupia przecież nie jestem, pomyślałam. 
Postanowiłam porozmawiać o tym z moją ukochaną Andreą. Tak, wiem. Zaraz impreza, a ja chce smęcić mojej przyjaciółce. To się nazywa wyczucie czasu. Puściłam całusa do swojego odbicia w lustrze i zrobiłam zeza... No co! Chyba nie chcecie mi powiedzieć, że wy nie robicie dziwnych min stojąc przed lustrem?
      Mniejsza o to. Ruszyłam w kierunku drzwi. Na korytarzu zauważyłam, że moja współlokatorka zwija swój ukochany dywan . Zachichotałam pod nosem. Już miałam się do niej odezwać, kiedy zadzwonił dzwonek. 
       Andrea nerwowo wciskała dywan do schowka. 
- Luz, ja otworzę! - krzyknęłam zbiegając po schodach. It's party time.
      Walenie do drzwi się nasilało.Stanęłam obok nich. Tak, obok. Bo gdybym stanęła na przeciwko ich i je otworzyła, zostałabym zadeptana. Serio. Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam drewniane wrota. W tej samej chwili Andrea zchodziła z góry. Włączyła pilotem na DVD koncert Guns n' Roses Live at the Ritz z 1988 roku, po czym podeszła do mnie z otwartą buzią. Nie byłam lepsza. Też miałam otwartą gębę. Stałyśmy tak i obserwowałyśmy jak tłumy ludzi wchodzi do naszego mieszkanka. Tak, kurwa mieszkanka, a nie chałupy która pomieści tyle ludu. Andrea puknęła mnie łokciem. 
- Zapraszałaś 50 osób czy 150? - jej usta były cały czas otwarte. Nie odpowiedziałam. - Ty sprzątasz! - zaśmiała się, pocałowała mnie w policzek, następnie pogłośniła lecący koncert, rzuciła pilot w kierunku wielkich doniczek z kwiatami i ruszyła w tango. 
       Stałam jeszcze przez kilka minut w tym samym miejscu obczajając towarzystwo, mając również nadzieję, że sąsiedzi nie zadzwonią na policję za kilka godzin. Wiecie, zakłócanie cieszy nocnej. Co do ludzi to same brudy i rockmeni. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Z tego natłoku myśli wyrwała mnie lecąca w moją stronę puszka piwa. Złapałam, uf. 
- Rozluźnij się, impreza się rozkręca... - uśmiechnął się słodko, długowłosy blondyn który rzucił mi alkohol. 
      Podszedł do mnie, podał rękę. 
- Jim jestem - przedstawił się. 
- Viki, cześć - uścisnęłam mu dłoń, otworzyłam piwo i wzięłam łyka. - jeśli Cię nie znam, to znaczy, że jesteś osobą towarzyszącą. Z kim przyszedłeś? 
- Jestem znajomym Sary. Powiedziała, że będzie to coś w stylu sex, drugs and rock n' roll, więc nie mogłem tutaj nie przyjść. 
- W zasadzie dobrze to ujęła - zaśmiałam się. Tym razem wzięłam więcej łyków piwa, ale odstawiłam je na pobliski stolik, który nie wiem kurwa z jakiej racji był już zawalony szklankami, popielniczkami i chuj wie jeszcze czym. 
      Ta impreza naprawdę przejdzie do historii. A wracając do procentów, jeśli mam być szczera, to nie przepadam za alkoholem, nie smakuje mi. Wolę sobie zapalić trawe, albo połknąć jakieś ekstazy... Dobra, wiem, że was to nie interesuje. 
      Wzięłam swojego nowego przyjaciela za rękę i poszliśmy do salonu - bo tam, w trakcie imprezy najwięcej się dzieje. I miałam rację. Po lewej się bzykają, po prawej tańczą, na wprost rozmawiają, a na środku, przy stoliku siedzi Andrea i wciąga z naszymi ZAPROSZONYMI znajomymi kokę. 
      Felix, nasz czarnoskóry przyjaciel siedział sobie natomiast i palił w spokoju jointa. Ale jak to ja, muszę mu ten spokój zburzyć. Podeszłam, zabrałam mu z buzi towarek, po czym się zaciągnęłam. Ooo tak. Uwielbiam to uczucie. Nie, żebym była uzależniona, ale lubię sobie raz na jakiś czas zajarać, to odpręża. A szczerze dawno tego nie robiłam. Praca, dom, praca, dom. Jaka praca? Zakład fotograficzny. Spełniam swoje marzenia. Właściwie to chyba dobrze mi idzie, bo w moim pokoju stoi piękny Fender Stratocaster. Tak, stoi. Bo nie mam czasu kiedy na granie. A kiedy mam czas to leniuchuje w łóżku, na sofie, bądź na Andreii. Brr, dobra, Vicky. Odpręż się, już za chwile, za momencik... Felix wyrwał mi jointa z ręki. 
- Oddaj, zrób sobie nowego - walnęłam go lekko w łysą głowę. Oddał. Jezu, jaki niegrzeczny. 
      Sara położyła dwie pizze na stolik. Dosiadłam się. Jemy, gadamy, jaramy, pijemy - tak, ja też. No skusiłam się na Jacka Danielsa. Chwilę później wiedzę jak Andrea razem z Sarą tańczą naśladując kocie ruchy Axla... A ja... Mi jest niedobrze. Muszę do łazienki. No i kurwa, zawsze sobie mówię, że nie będę pić, bo wiem jak alkohol na mnie działa, to nie, chuj. Pije. A potem rzygam. Grr. Wiszę nad tym kiblem. Rękami obejmuje muszlę klozetową. Czuję, że ktoś trzyma moje włosy. Słodko. Gdy już trochę mi lepiej wstaję i sprawdzam, kto się mną tak opiekuje. Jim. Uśmiechnęłam się do niego, niby w podzięce i powiedziałam, że umyję tylko zęby i zaraz wrócę do salonu.
     Wyszedł z łazienki. Matko, głowa mi pęka. Spojrzałam się w odbicie w lustrze. Nie było tak źle, musiałam się tylko uśmiechnąć. Umyłam zęby, a w międzyczasie głęboko oddychałam, chcąc, żeby ból głowy ustąpił. 
      Słyszę, że za drzwiami panuje istny rozpierdol. Krzyki, piski, muzyka, gitara... Zaraz, zaraz. Kurwa, kto śmie ruszać mojego Fendera. Rozjebie człowieka. Wypłukałam i wyplułam pastę. Odłożyłam szczoteczkę i wybiegłam z łazienki. Ruszyłam schodami w górę. Weszłam do mojego pokoju. Moje cudeńko dotykała jakaś narkomanka z koszulką The Doors na sobie. No ja pierdole. Gdy tylko zobaczyła mnie wkurwioną wybiegła z pokoju. Inni stali i się patrzyli. 
- Wypierdalać z tego pomieszczenia, no już - ryknęłam, po czym zamknęłam swój, pusty już, pokój na klucz i schowałam go do kieszeni swoich obcisłych spodni. Zeszłam na dół, przeciskając się przez ludzi, których kompletnie nie znałam i nawet nie miałam ochoty ich poznawać. Niech się bawią (byle dobrze), a potem spierdalają. Miła ja... Dobra, przyznam - po alkoholu robię się ciut agresywna. Włączyłam tym razem losowy koncert Judas Priest. Leciał utwór Love Bites. Wzięłam butelkę Danielsa i zaczęłam się kręcić w kółko. Jakiś obcy przyciągnął mnie do siebie i nie wiem jak to się stało, ale upadliśmy. Czułam jego wielki, mokry język na swojej szyi. Chciałam go odepchnąć, ale zamiast tego zaczęłam się chorobliwie śmiać. Pustka. Przebłyski dźwięków Judsów. Jakaś laska biega goła po salonie. 
Pustka. 
Zamknęłam oczy. 
Godziny mijały... 
    Ocknęłam się. Leżałam na podłodze, w tym samym miejscu co zasnęłam (?!) Nie miałam na sobie koszulki. Gdzie leżała? Pod cielskiem tego faceta, co mnie lizał. Fu, jaki obleśny. Dobrze, że mam na sobie te obcisłe spodnie, nikt ich nie zdejmie, pomyślałam. Uderzyłam go z całej siły w brzuch. Skręcił się i przewrócił na bok, tym samym dając mi dostęp do koszulki. Włożyłam swój t-shirt, po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu. Większość ludzi leżała na podłodze kompletnie zaćpana i zalana. Wyostrzyłam wzrok. Andrea jeszcze się trzymała. Zlizywała coś, bo nie wiem co, z torsu jakiegoś pięknego, latynoskiego Jezusa. Szalona. Kurde, ona to zawsze całą impreze przeżyje, a ja odpadam po naprawdę krótkim czasie.
        Zerknęłam na zegarek. 4 nad ranem. Postanowiłam poszukać pilota, żeby włączyć jakiś dobry koncert (bo ten Judsów, który włączyłam zanim padłam, dawno się już skończył). Czołgałam się po całym salonie. Nie, nie mogłam wstać, bo zarzygałabym cały pokój. Znalazłam. W tym samym momencie, kiedy włączyłam muzykę, do salonu wpadła jakaś ruda lasencja ze skrzynką wódki w rękach. 
- Ej, kurwa. Pobudka. Nie ma spania. Mam wódkę. Kto więcej wypije i nie puści pawia, ten może mnie przelecieć! - krzyknęła, na całą naszą posesję.
     W tej własnie chwili, kiedy ja leżę nieżywa na podłodze i nie mogę wstać, te tłumy zaćpanych ludzi powstało jak na komendę. I wszystko dla seksu z rudą laską. God. Podeszłam na czworaka do ściany, po czym się o nią oparłam. Dobry punkt do obserwacji. Masa ludu. Ruda laska wybrała trzech facetów i jedną kobietę do zabawy z wódką. Na stoliku pełno pełnych kieliszków, obok nich zawodnicy i to wszystko oblężone przez zaproszonych i osoby towarzyszące. Krzyczeli imiona swoich faworytów, piszczeli, wymachiwali rękoma. Jeju, jaka dzicz. Zaraz, zaraz, a gdzie jest Andrea? A, pod telewizorem. Zabawia się z Jezusem. 
       No nie czy oni się... Dobra, to norma. Zerknęłam na zabawę. Jakiś umięśniony metal odpadł. Zarzygał się na głowę jakiejś niskiej dziewczyny. Wybuchnęłam śmiechem. Kieliszek. I kolejny. Tym razem kobieta odpadła. Kolejne porcje alkoholu. Znowu wymiociny. A ja się śmieje, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że to ja będę sprzątać. Super. 
        Zamknęłam oczy. Chciałam już odpłynąć do krainy snu. Dla mnie wystarczy. Rock n' Roll był, drugs i alkohol też. Bez seksu, bo bez seksu, ale jakoś nad tym nie ubolewam. Wolę poczekać na tego jedynego. Nowych ludzi też poznałam, także - dla mnie impreza skończona. Właściwie to już spałam, kiedy ktoś mnie mocno szturchał za ramię. Moja współlokatorka. 
- Wstawaj, trzeba ich już wyprosić pozostałe resztki. Cud, że policja nie przyjechała. Widziałaś co jest na naszym podwórku? Masz wypij, nie będziesz miała kaca - dała mi szklankę z jakąś miksturą. 
     Wypiłam. Ohydne. 
- No nie patrz się tak na mnie. Wiesz co oni zrobili z moim puszystym dywanikiem? Przecież schowałam go do schowka, nie wiem jak to się stało. 
- Kupie Ci nowy. Obiecuję - wstałam i ruszyłam w stronę telewizora. 
     Podłączyłam sprzęt, ustawiłam maksymalny vol i wzięłam mikrofon do ręki. Tak, mamy mikrofon, bo lubimy sobie z Andreą śpiewać karaoke. Podeszłam z nim do drzwi. Otworzyłam, puknęłam w mikrofon i rzekłam: 
- Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy - pisk techniczny głośników i ludzie przebudzeni. - Razem z Andreą dziękujemy za wspaniałą noc i zdemolowanie domu, a teraz - do widzenia. Tu są drzwi. Powtarzać się nie będę. Dzięki za uwagę, część. - odłożyłam mikrofon. 
      Wszyscy zaczęli powoli się zbierać i wychodzić. Posłuchali się za pierwszym razem, bo większość już wie, jak się żegnam za drugim razem, także... Rzuciłam się na sofę. Wreszcie kompletna cisza. Nikt nie drze ryja, nikt nie jęczy z rozkoszy. Czas na drzemkę, pomyślałam. 
- Posuń się - rzuciła moja przyjaciółka i położyła się obok mnie. 
- Nie śpimy już, pomogę Ci posprzątać. Ten syf lepiej ogarnąć teraz, a nie dopiero po południu. 
- No proszę Cię, nie... Która godzina? 
- 8.43. - odpowiedziała mi, włączając przy tym koncert Gunsów na DVD. 
- Zobacz na Rose'a. Jest idealny. 
- Tak, powtarzasz mi to codziennie kochanie - ziewnęłam. - W jakich czasach ja się urodziłam. Tak bardzo pragnę lat osiemdziesiątych. Nawet ta impreza nie była taka jak chciałam. Ci ludzie tacy sztuczni, laski puste... 
- Obie pragniemy, ale co tu dużo gadać. To są marzenia ściętej głowy - machnęłam ręką i wtuliłam się w poduszkę, a Andrea we mnie. 
- Nigdy nie mów nigdy - rzuciła poważnie. 
        Przytuliłam ją mocno, po czym zasnęłyśmy po chwili. 
Ciemność. 
Ciemność. 
Pustka. 
Ciemność. 
Zaraz, widzę światełko. 
Umarłam? 
To światełko się powiększa... 
Wielka, jasna dziura się powiększa. 
Zaraz, zaraz, widzę beton. 
Widzę śmietnik. 
Jezu, zbliżam się do tego.
 Ja spadam.
Zaczęłam krzyczeć. 
Ktoś ze mną jest. 
To Andrea. 
Też krzyczała. 
My spadamy... Z nieba? 
Jeb.
Jesteśmy w wielkim koszu. 
Jezu, muszę wyjść. 
        Pociągnęłam przyjaciółkę za ramię, żeby wytargała się z tych śmierdzących rzeczy razem ze mną. 
- Ał, ja pierdole - wrzasnęłyśmy jednocześnie, spadając na twardy beton. 
- Matko, moje biodro, co jest? - Andrea powoli podnosiła się z ziemi, a ja leżałam, bo bolała mnie kostka. 
        Patrzyłam się w niebo. Było takie, takie inne. 
- O co chodzi? Mamy jednocześnie ten sam sen czy co? - moja współlokatorka machała nerwowo rękoma. Zaczęłam się śmiać. 
- Spokojnie, zaraz obczaimy co się dzieje - śmiałam się dalej. Wstałam, powoli. Kostka, już mnie tak nie bolała. Dziwne. Rozejrzałam się dookoła. Byłyśmy w tak zwanej ślepiej uliczce. Szczury, śmietnik, a pod ścianą zarzygany menel. Postanowiłam z niej wyjść. Stałam na chodniku. Znowu się rozejrzałam i mnie zatkało. Milczałam przez chwilę. Spojrzałam się na moją przyjaciółkę, która również patrzyła na wszystko z zachwytem i oczywiście otwartą buzią. 
- Andrea czy my nie jesteśmy w... 
- Cicho, zobacz - współlokatorka schyliła się i podniosła z ziemi gazetę. - przeczytała coś i oddała mi papier. 
     Zaczęła się śmiać. Strasznie głośno jak na nią. Spojrzałam na gazetę. I tylko jedno rzuciło mi się w oczy, a mianowicie napis: 
"Los Angeles 8 luty, 1987 rok."
      Otworzyłam już usta, żeby powiedzieć coś Andreii, ale ta, przytulała palmę rosnącą 20 metrów ode mnie. Co się dzieje. Chyba śnię...