Znacie to uczucie, kiedy budzicie się i towarzyszy wam okropny ból głowy? Nie? Więc pewnie nikt wami nie rzucił w środku nocy o lustro, obijając przy tym niemiłosiernie twoją głowę. Wczorajsze zdarzenie było dla mnie i dla tego niedoszłego gwałciciela bardzo nieprzyjemne. Ja najadłam się strachu, dostając w prezencie dużo siniaków, zadrapań i rozcięć, a ten niezrównoważony dostał ode mnie masakryczny ból i niesprawność swojego sprzętu, plus wywalenie z pracy. Naprawdę nie wiedziałam, czy takie uszkodzenie penisa da się wyleczyć. I jeśli mam być szczera, liczyłam na to, ze nie. Ten facet był chory. Tyle z mojej strony o tym zdarzeniu.
Leżałam pod ciepłą kołderką w wielkim jasnym łożu. Przeciągnęłam się porządnie raz, dwa, trzy razy. Przetarłam swoje już sprawne i współpracujące ze mną oczy. Otworzyłam powieki, podniosłam się lekko i zaczęłam się rozglądać. Nawet gustowna była ta sypialnia, wiec pewnie reszta pomieszczeń, jak i cały hotel też był niczego sobie. Na stoliku nocnym leżała kartka, przyciśnięta przez przezroczystą szklankę z musującym roztworem. Wzięłam szklankę do prawej ręki, papier do lewej i zaczęłam czytać w myślach.
"Witaj Victorio (tak, wybełkotałaś w nocy mi swoje imię - niestety tylko tego się od Ciebie dowiedziałem, zasnęłaś jak Aniołek) Przepraszam Cię, ze nie ma mnie teraz obok Ciebie, ale jesteśmy z chłopakami umówieni na wywiad. Musiałem z nimi iść. Wypij to co jest w szklance, głowa przestanie Cie boleć. W salonie obok telefonu jest menu restauracji w hotelu. Zamów sobie śniadanie. Skorzystaj z łazienki. Czuj się jak u siebie w domu. Wrócimy po południu. Trzymaj się. Dave :)"
Mój ulubiony gitarzysta napisał do mnie słodką karteczkę. Już nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Odłożyłam kartkę, wypiłam niesamczy roztwór. Pustą szklankę położyłam na papier tak jak ją zastałam. Zerknęłam na zegarek. Dochodziła 11. Wstałam i ruszyłam w kierunku drzwi. Salon. Piękny! Biel i kość słoniowa dominowały w kolorach. Przy oknie stało nawet białe pianino! A możne ktoś sobie ze mnie i Andreii jaja robi? Może tu są poukrywane kamery? A my jesteśmy tylko uczestnikami tych dziwnych, raz strasznych, a raz fajnych wydarzeń? Rozmyślałam, podchodząc do telefonu. Złapałam się za czoło i przytrzymałam na nim dłoń. Wybrałam numer z menu. 3 sygnały minęły, gdy wreszcie połączenie odebrała kobieta. Niezbyt miła z głosu. Nie cackałam się, zamówiłam co mi poleciła i odłożyłam słuchawkę. Postanowiłam wziąć kąpiel, a raczej w miarę szybki prysznic. Nie lubię siedzieć długo w wannie. Weszłam powolnym krokiem do łazienki. Odkręciłam strumień wody, zrzucając zaraz po tym z siebie wszystkie brudne ubrania. Nawet nie spojrzałam się w lustro. Nie chciałam tego widzieć. Wstyd mi w ogóle, ze widzieli mnie w takim stanie Ironi. Jeżeli to w ogóle są oni. Chyba zaczęłam podchodzić do tego wszystkiego ostrożniej. Może to sen, a może jawa? Nie wiem, może to ja jestem jakaś popieprzona. Strumień gorącej wody delikatnie pieścił moje ciało. Odpłynęłam. Zapomniałam na moment, ze istnieją jakiekolwiek problemy. Byłam tylko ja i prysznic. Wreszcie czysta i pachnąca. Po kilkunastu minutach byłam gotowa wyjść. Zakręciłam kurek, wytarłam się ręcznikiem i stanęłam przed lustrem. Za dużo nie mia miałam przed nim do roboty. Brak kobiecych kosmetyków. Wysuszyłam więc włosy, umyłam zęby (palcem) i postanowiłam poszukać jakiś ciuchów. Przebiegłam szybko w samym ręczniku do sypialni w której się obudziłam. Obok wielkiej, wbudowanej w ścianę szafy stała walizka. Metka "Dave Murray". Uśmiechnęłam się.
- Pączusiu, pozwolisz... - rzuciłam niby do Dave'a i klęcząc otworzyłam walizkę. Znalazłam koszulkę Piece Of Mind i luźne, sportowe spodenki, które okazały się za duże, ale po kilku próbach udało mi się związać je tak, żeby się trzymały. Skarpetki też wzięłam pierwsze lepsze. Trampki zostawiłam już swoje. Bielizna nie była obowiązkowa... Przejrzałam się w dużym lustrze na przeciwko łózka. Wyglądałam komiczne, ale przynajmniej byłam czysta. Usłyszałam pukanie do drzwi. Lekko spanikowana, ruszyłam je otworzyć. Zrobiłam to i od razu przybyły wparował do salonu. No tak, śniadanie. Kelner zostawił posiłek na stole, razem ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym (moim ulubionym) następnie życzył mi smacznego, a potem wyszedł, zamykając kulturalnie za sobą drzwi. Miałam nadzieje, ze nikt nie widzi jak jem, bo robiłam to strasznie niechlujnie i szybko. Po kilku minutach byłam pełna i nasycona. Popijając posiłek sokiem rozmyślałam co dalej. Czekać, uciec, wpaść pod samochód czy co... Podeszłam do okna, od strony ulicy. Wyjrzałam. Naprzeciwko hotelu znajdował się park. Postanowiłam się przewietrzyć. Może to mi dobrze zrobi. Niewiele zwlekając wzięłam drobne leżące na blacie i wyszłam z apartamentu. Po drodze ominęłam kilku ochroniarzy, a zaraz po wydostaniu się z budynku czmychnęłam prosto do parku. Wchodząc na jego teren spowolniłam krok. Dopiero wtedy zorientowałam się, że głowa mnie nie boli. Dave miał racje. Kochany. Spojrzałam się na niebo. Ładny, słoneczny dzionek, a my z Andrea zamiast mieć na to wszystko wyjebane, bawić się i zwiedzać puki mamy czas to jesteśmy rozdzielone. Kto wie kiedy to wszystko się skończy. Trafiłyśmy tu to i stąd wypadniemy... Andrea! Jezusie, moja przyjaciółka! Rozejrzałam się szybko po otoczeniu. Jest. Budka telefoniczna. Podbiegłam do niej jak najszybciej się dało. Wyjęłam karteczkę z buta z zapisanym numerem Ridge'a, po czym wklepałam dane cyferki. Kilka sygnałów. Odebrał.
- Halo?
- To ja Vicky, macie Andree? - zapytałam zniecierpliwiona.
- Nie ma jej w żadnym z komisariatów. W ogóle co ty kurwa wyprawiasz, cale WC męskie zniszczone, jakiś facet leżał tam na podłodze. Gdzie ty jesteś, halo?
- Niech ten typek płaci za wyrządzone szkody, dzięki za pomoc! - krzyknęłam, rozpłakujac się. Rzuciłam słuchawkę. Złapałam się za głowę, chcąc zatamować potok własnych myśli. Miałam dosyć. Głowa znów zaczęła mi pękać. To wszystko wszystko było takie pojebane i chore... Ruszyłam przed siebie. Otarłam łzy. Chociaż kolejne spływały mi po policzku. Nie wiedziałam co mam teraz robić. Nie wiedziałam nic. Może muszę po prostu czekać? Może życie się mną bawi? Ostatnie wydarzenia są jak z fantastycznej książki... Wzięłam głęboki oddech.
- Boże, jeżeli istniejesz, pomóż - wyszeptałam.
Kilka sekund później usłyszałam donośne wołanie mojego imienia za swoimi plecami. Odkręciłam się na piecie w stronę źródła krzyku. Czyżby Bóg istniał?
Usiadłyśmy na chwilę na ławkę. Rose wyczuł chwilę i poczęstował mnie papierosem. Miał jednego, więc postanowiłam, że się z nim podzielę. Odpalił. Victoria zaczęła wolno, dokładnie opisywać co działo się odkąd policja wsadziła mnie do radiowozu. A ten odjechał. Spodziewałam się, że była totalnie spanikowana. Tutaj każdy zachowałby się w jeden i ten sam sposób. Byłby totalnie zesrany.
- Co zrobiłaś potem?
Spojrzałam na Rosa, ja w tamtej chwili właśnie go poznałam. Byłam mu, tak cholernie wdzięczna za wszystko... Do końca życia pewnie bym mu się nie wypłaciła.
- Poszłam do tamtych... Co grali na murku, czy srurku, chuj, wiesz do których. Podrywał Cię.
Doskonale zdawałam sobie sprawę, o których chłopakach mówiła, przecież nie miałyśmy tu znajomych, oczywistym jest, że nie dało się ich z nikim pomylić. Słuchaliśmy dalej. Załatwili jej pracę. To dobrze, mimo, że konsekwencje poniosła wielkie. Rose syknął na wzmiance o przyrodzeniu pana Łysola. Zaśmiałam się głupio.
Oddałam mu połowę fajki, którą spaliłam. Zaciągnął się mocno, wypuszczając sporą chmurę dymu. Ten widok zwalał mnie z nóg, musiałam to, kurwa, przyznać. Z bólem serca. Wracając do Vic. Poszczęściło jej się. Spotkała nabuzowanego empatią gościa, który zapewnił jej hotel, wyżywienie i toaletę. Ja tej przyjemności niestety nie otrzymałam. Narażanie swojego życia na marne. Jak żyć?
- Kurwa, jak dobrze, że się odnalazłaś. Zamartwiałam się.
Wypaliłam w końcu prosto z mostu, znów rzucając się przyjaciółce na szyję. Axl przyglądał się temu wszystkiemu z dalszej odległości. Nie miałam bladego pojęcia o czym teraz myślał. Wolałam zostawić informację o naszym 'prawdziwym' pochodzeniu na później. Przecież nie chciałam go do mnie zniechęcić. Boże, to mało powiedziane. Miałby mnie i Vicky za totalne kretynki. Pewnie jeszcze by nas podle zwyzywał i opluł. A mnie kazałby wyskakiwać z tysiaka, z groszami. Albo z ciuchów. Obie propozycje byłyby niemożliwe do spełnienia.
Moją wewnętrzną dyskusję z samą sobą, przerwał głos przyjaciółki. Spojrzałam na nią zdenerwowana.
- Dopiero się odnalazłyśmy, a Ty już chcesz mi spierdolić?
Podniosłam się z ławki. Rudy niepokojąco milczał. Dopiero teraz dotarło do mnie, co mogło być tego powodem. Później się nim zajmę.
- Muuuuszę. - Wyjęczała ze smutną miną. - Nie powiedziałam gdzie idę, mogą wrócić w każdej chwili. A nawet nie miałam jak podziękować...
Zabrzmiało dwuznacznie, jednak przemilczałam.
- Dobra, idę z Tobą.
Wzruszyłam ramionami. Poczułam kościste palce nowego "kolegi'' na nadgarstku.
- Dokąd Ty chcesz iść? Myślałem, że trochę czasu jeszcze dla mnie znajdziesz.
Obejrzałam się w jego stronę. Przeszył mnie spojrzeniem, aż skamieniałam. Wolałam przemilczeć jego słowa.
- Dobra Vic. Gdzie Ty będziesz, gdzie mam Cię szukać?
Znów uścisk. Axl przysunął się bliżej dziewczyny. Podał jej jakiś adres i kazał szukać numeru 152. Sprawa była jak widać jasna, musiałam z nim iść.
Victoria zniknęła z moich oczu bardzo szybko. Wpatrywałam się jeszcze długo w pusty chodnik parkowych alejek.
Obyśmy się znowu nie zgubiły...
Nie mogłam z nimi zostać. Musiałam wrócić i podziękować mojemu wybawcy. Nie jestem taka, że znikam bez słowa. Szłam dosyć szybko. Z głową uniesioną do góry - jak zawsze. Po kilkunastu minutach znajdowałam się już w środku hotelu. Skorzystałam z windy. Luksus. Wysiadłam na najwyższym piętrze. To tam znajdują się apartamenty. Chciałam od razu ruszyć, tam gdzie jeszcze jakiś czas temu szykowałam się do wyjścia, ale zostałam zatrzymana przez ochroniarza.
- Czy pani jest zdrowa na umyśle. Fani nie mają tu prawa wstępu - dotknął mojego ramienia, odpychając mnie lekko. Otworzyłam już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy poczułam czyjąś rękę obejmującą mnie w pasie. Spojrzałam się w bok, identyfikując gościa. Steve. Steve Harris. Jezu. Oddychaj.. Zamknęłam oczy.
- Spokojnie, ona jest ze mną - rzucił, przyciągnął mnie do siebie mocniej, po czym ruszyliśmy przed siebie.
Nie miałam odwagi się na niego spojrzeć. No kurwa nie miałam. Matko, to wszystko jest chore. To jest niemożliwe! Krzyczałam jakieś bzdury we własnych myślach. No ja już sama nie wiedziałam, co mam myśleć. Postawcie się w mojej sytuacji. W mojej i Andreii. Gunsi, Ironi, Los Angeles. Lata 80. Co się do jasnej cholery dzieje, no co? 'Arry zacisnął dłoń na moim biodrze. Mogę już dostać orgazmu?
- Gdzie uciekłaś jak nas nie było? Dave się martwił.
Dave się martwił? A on to już nie? Dobra, o czym ja myślę. Oddychaj. Vicky. Oddychaj. Spojrzałam się niepewnie na niego. Jezu, idealny. Uśmiechał się. Kocham jego uśmiech. Na żywo jest jeszcze piękniejszy.
- Musiałam się dotlenić - wykrztusiłam i odwróciłam głowę. Doszliśmy do drzwi. Basista je otworzył i przepuścił mnie pierwszą. Dżentelmen. I właśnie w tamtej sekundzie, gdy przekroczyłam próg, znalazłam się w jednym pomieszczeniu z całą piątką. Tego nie da się opisać. Nogi miałam jak z waty. Stałam jak kołek i patrzyłam się na nich. Na moich idoli. Byli na wyciągnięcie ręki. Możecie to pojąć? Pewnie nie. Bo tylko to czytacie. Żałujcie. Bruce razem z Nicko siedzieli brzy hotelowym barku. Adrian brzdąkał coś na swoim niepodłączonym elektryku siedząc na sofie. Murray zbliżał się powolnym krokiem w moją stronę. Oczy wszystkich były skierowane na mnie. Zapewne byłam czerwona jak burak. Zaraz zemdleję, pomyślałam. Harris odszedł ode mnie i walnął się na fotel. Dave natomiast chyba chciał mnie przytulić, ale się powstrzymał. Jaki on jest słodki. Mówię wam. Złapał mnie za dłoń i przyciągnął bliżej ekipy. Przedstawił mnie każdemu po kolei. Byłam w szoku. Może dziwnie zabrzmi to co powiem, ale oni byli prawdziwi. To nie może być żaden fake... Wszyscy przyjęli mnie bardzo pozytywnie. Oprócz Adriana.
- Dave, ktoś Ci zapierdolił ubrania - spojrzał się na mnie spod byka i wrócił do grania. Strasznie się zawstydziłam. Reszta się zaśmiała. Matko, jaki niemiły. Nigdy bym nie powiedziała, że Smith jest taki nieprzyjazny. Zresztą, może miał zły dzień. To wszystko.
- Przepraszam, ale nie chciałam zakładać moich brudnych ubrań i pozwoliłam sobie założyć twoje... - musiałam przeprosić, bo dziwnie się czułam.
- No co ty, nic się nie stało - rzucił Dave. - Nie słuchaj Adriana, źle mu się układa w związku i chodzi taki najeżony, prawda nasza gitarzystko? - wypowiadając końcowe słowa w zdaniu, blondyn podszedł do Adriana, z zamiarem poczochrania mu fryzury. Ten wykrzyknął stłumione ''Spieprzaj''.
- A więc dlaczego taka piękna kobieta sprząta kible po nocach? - zapytał się Dickinson, po czym wziął łyk piwa.
- No właśnie!? - dodał Nicko.
Szczerze to nie wiedziałam co odpowiedzieć. Patrzyłam się jak debilka na swoje czubki trampek. Może powinnam się wyluzować i cieszyć chwilą? Są dla mnie mili. Po co mam się zadręczać.
- Gdybym powiedziała wam prawdę wyśmialibyście mnie i zawieźli do psychiatryka. Więc powiem wam tylko, że potrzebowałam szybkiej kasy i akurat taka robota na biegu się znalazła.
- Nie jesteś stąd, nie? - Dick kontynuował, a reszta bacznie słuchała, nawet Smith, który odłożył przed chwilą elektryka.
- Nie, nie jestem. Zwiedzam sobie tylko LA - uśmiechnęłam się dosyć pewnie. Co ja mam się tu pierdolić. Jestem w świetnym mieście, w świetnych latach, z wymarzonym towarzystwem. Raz się żyje.
- Tajemnicza... - wyszeptał pod nosem Harris ściskając dłonie na kolanach.
Cisza. Oni pożerają mnie wzrokiem, a ja stoję jak ten ostatni debil. Cisza. Mój ulubiony zespół poświęca mi uwagę. Umieram? Nie, Victoria. Spokojnie. Miałaś się ogarnąć. Pamiętaj, raz się żyje.
- A więc, chciałam wam serdecznie podziękować, a szczególnie Dave'owi za uratowanie mi tyłka. Wczorajszy incydent był...
- Chcesz już uciec? O nie, nie, nie! - przerwał mi Murray. Czego on zabiegał tak o moje względy? Dobra, nie powiem. Podoba mi się to.
- Nie chce wam siedzieć na głowie. Macie tu koncert za kilka dni. Pewnie macie sporo roboty - wymachiwałam rękoma. Adrian udał się do łazienki.
- Wręcz przeciwnie. Mamy sporo wolnego czasu! - McBrain zabrał głos. Jak zawsze miał zaciesz na ryju.
- Zostań z nami dziewczynko - Bruce podszedł do mnie wyszczerzając swoje krzywe zęby. Podał mi swoje piwo.
Chyba śnie. Ale i tak zachowuję się w miarę spokojnie przy nich... Adrian wyszedł z łazienki z moim brudnym t-shirtem.
- Jesteś naszą fanką? - zapytał, rozkładając koszulkę z ich zespołem.
- Tak. Największą - zaśmiałam się. - I chyba niecodziennie jakiegoś fana ratuje zespół jego serca.
- W porządku, ale powiedz mi skąd masz koszulkę z takim albumem, skoro nigdy takiego nie wydaliśmy.
- Dance Of Death? - Steve przeczytał napis na koszulce.
- Może jestem z przyszłości i znam wasze albumy aż do roku 2013? - zachichotałam głupio. Krzywo się na mnie spojrzeli. Jezu, co ja palnęłam. Jaki dekiel. Miałam ochotę walnąć się w czoło, ale zrezygnowałam. Smith rzucił koszulkę w moją stronę. Złapałam. Uśmiechnął się. Uf.
- Zabawna jesteś - rzucił.
- I słodka - dodał Harris wstając z fotela. Jezu, jego wzrok. Nigdy czegoś takiego nie czułam.
- Dobra chłopcy. Konferencja za godzinę. Zbieramy się - krzyknął Adrian. Wszyscy w jednym momencie zaczęli się krzątać po salonie. Nawet nie wiem co dokładnie robili bo cały czas myślałam, co się dzieje? Wiem, że myślicie sobie pewnie, że jestem jakaś nieogarnięta (zresztą to fakt), ale... Dobra, spokojnie. Oddychaj. Pewnie to wszystko to tylko super realistyczny sen. Tyle. Ogólnie wszyscy pożegnali się ze mną uśmiechem, tylko Bruce klepnął mnie w tyłek wychodząc. Steve krzywo się na niego spojrzał. Jezu, Jezu, może mu się podobam? Dobra, marzenia ściętej głowy. Wiem. Myślałam, że wszyscy wyszli więc walnęłam się na sofę, jednak usłyszałam głos nad sobą.
- Zostaniesz? - Dave przykucnął obok mnie. Spojrzałam w jego oczy. Smutne.
- Powiedz mi najpierw, czemu się mną tak zainteresowałeś? - odważyłam się zapytać. Strasznie mnie to ciekawiło.
- Może zauroczyłaś mnie swoją osobą? - lewy kącik jego ust podniósł się.
- Ciekawe w jaki sposób? - zaśmiałam się. Zawstydził mnie trochę.
- Chłopakom kazałem być miłym dla Ciebie, ale myślę, że Cię polubili naprawdę - powiedział wstając, tym samym nie odpowiadając na moje pytanie.
- Chyba dopiero polubią. Ty też. W ogóle mnie nie znacie.
- Ale sprawiasz wrażenie dobre. Poza tym, chcę Cię poznać - położył dłoń na moim ramieniu. - Jak się czujesz w ogóle?
- Jest naprawdę okej. Dziękuję Ci jeszcze raz za to wszystko. Gdyby nie ty... Marnie bym wczoraj skończyła.
- Nie dziękuj mi. Tak powinien zachować się facet. A ten skurwysyn, gwarantuje Ci, nie znajdzie już nigdzie porządnej roboty. No, ale skończmy już ten temat...
- Okej... Wiesz, że to jest dla mnie szok? - uśmiechnęłam się i wstałam z kanapy.
- Ale co?
- To, że tu jestem. Że was poznałam. Jesteście moimi idolami - musiałam to z siebie wykrztusić.
- Więc chyba masz wielkie szczęście! - puścił do mnie oko.
- Mogę Cię przytulić? - rozłożyłam ręce. Kurde, zawsze o tym marzyłam. Musiałam!
- Pewnie! - zaśmiał się i przytulił mnie mocno. W tamtej chwili byłam chyba najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Nie chciałam opuszczać jego ramion. Wspaniale przytulał!
- Słuchaj - oderwałam się po chwili od niego (nie chciałam wyjść na jakąś natrętną fankę, nie, nie). - Muszę się dostać pod ten adres - tutaj wyjęłam z kieszeni kartkę którą dał mi Axl Rose. - Ale nie martw się, nie uciekam nigdzie, muszę po prostu pojechać do przyjaciółki - wyszczerzyłam zęby.
- Nie ma problemu, zaraz zamówimy taksówkę.
- Jesteś kochany - przytuliłam go jeszcze raz. Mocniej. Zaraz po tym podszedł do telefonu i wykręcił numer.
- Ale będę mógł po Ciebie przyjechać pod wieczór? - zapytał się błagalnym tonem.
- Oczywiście!
Przecież, nie mogłam odmówić. No kto z was odmówiłby swojemu idolowi? Czytacie to i śmiejecie się. Myślicie, że to tylko wymyślone opowiadanie fantastyczne. Nie, to się działo naprawdę. Wszystko co tu czytacie przydarzyło się mi i Andreii. Nie wierzycie? Trudno. Przygoda dopiero się zaczyna. To wszystko to tylko wstęp... To dopiero początek.
- Nie jesteś stąd, nie? - Dick kontynuował, a reszta bacznie słuchała, nawet Smith, który odłożył przed chwilą elektryka.
- Nie, nie jestem. Zwiedzam sobie tylko LA - uśmiechnęłam się dosyć pewnie. Co ja mam się tu pierdolić. Jestem w świetnym mieście, w świetnych latach, z wymarzonym towarzystwem. Raz się żyje.
- Tajemnicza... - wyszeptał pod nosem Harris ściskając dłonie na kolanach.
Cisza. Oni pożerają mnie wzrokiem, a ja stoję jak ten ostatni debil. Cisza. Mój ulubiony zespół poświęca mi uwagę. Umieram? Nie, Victoria. Spokojnie. Miałaś się ogarnąć. Pamiętaj, raz się żyje.
- A więc, chciałam wam serdecznie podziękować, a szczególnie Dave'owi za uratowanie mi tyłka. Wczorajszy incydent był...
- Chcesz już uciec? O nie, nie, nie! - przerwał mi Murray. Czego on zabiegał tak o moje względy? Dobra, nie powiem. Podoba mi się to.
- Nie chce wam siedzieć na głowie. Macie tu koncert za kilka dni. Pewnie macie sporo roboty - wymachiwałam rękoma. Adrian udał się do łazienki.
- Wręcz przeciwnie. Mamy sporo wolnego czasu! - McBrain zabrał głos. Jak zawsze miał zaciesz na ryju.
- Zostań z nami dziewczynko - Bruce podszedł do mnie wyszczerzając swoje krzywe zęby. Podał mi swoje piwo.
Chyba śnie. Ale i tak zachowuję się w miarę spokojnie przy nich... Adrian wyszedł z łazienki z moim brudnym t-shirtem.
- Jesteś naszą fanką? - zapytał, rozkładając koszulkę z ich zespołem.
- Tak. Największą - zaśmiałam się. - I chyba niecodziennie jakiegoś fana ratuje zespół jego serca.
- W porządku, ale powiedz mi skąd masz koszulkę z takim albumem, skoro nigdy takiego nie wydaliśmy.
- Dance Of Death? - Steve przeczytał napis na koszulce.
- Może jestem z przyszłości i znam wasze albumy aż do roku 2013? - zachichotałam głupio. Krzywo się na mnie spojrzeli. Jezu, co ja palnęłam. Jaki dekiel. Miałam ochotę walnąć się w czoło, ale zrezygnowałam. Smith rzucił koszulkę w moją stronę. Złapałam. Uśmiechnął się. Uf.
- Zabawna jesteś - rzucił.
- I słodka - dodał Harris wstając z fotela. Jezu, jego wzrok. Nigdy czegoś takiego nie czułam.
- Dobra chłopcy. Konferencja za godzinę. Zbieramy się - krzyknął Adrian. Wszyscy w jednym momencie zaczęli się krzątać po salonie. Nawet nie wiem co dokładnie robili bo cały czas myślałam, co się dzieje? Wiem, że myślicie sobie pewnie, że jestem jakaś nieogarnięta (zresztą to fakt), ale... Dobra, spokojnie. Oddychaj. Pewnie to wszystko to tylko super realistyczny sen. Tyle. Ogólnie wszyscy pożegnali się ze mną uśmiechem, tylko Bruce klepnął mnie w tyłek wychodząc. Steve krzywo się na niego spojrzał. Jezu, Jezu, może mu się podobam? Dobra, marzenia ściętej głowy. Wiem. Myślałam, że wszyscy wyszli więc walnęłam się na sofę, jednak usłyszałam głos nad sobą.
- Zostaniesz? - Dave przykucnął obok mnie. Spojrzałam w jego oczy. Smutne.
- Powiedz mi najpierw, czemu się mną tak zainteresowałeś? - odważyłam się zapytać. Strasznie mnie to ciekawiło.
- Może zauroczyłaś mnie swoją osobą? - lewy kącik jego ust podniósł się.
- Ciekawe w jaki sposób? - zaśmiałam się. Zawstydził mnie trochę.
- Chłopakom kazałem być miłym dla Ciebie, ale myślę, że Cię polubili naprawdę - powiedział wstając, tym samym nie odpowiadając na moje pytanie.
- Chyba dopiero polubią. Ty też. W ogóle mnie nie znacie.
- Ale sprawiasz wrażenie dobre. Poza tym, chcę Cię poznać - położył dłoń na moim ramieniu. - Jak się czujesz w ogóle?
- Jest naprawdę okej. Dziękuję Ci jeszcze raz za to wszystko. Gdyby nie ty... Marnie bym wczoraj skończyła.
- Nie dziękuj mi. Tak powinien zachować się facet. A ten skurwysyn, gwarantuje Ci, nie znajdzie już nigdzie porządnej roboty. No, ale skończmy już ten temat...
- Okej... Wiesz, że to jest dla mnie szok? - uśmiechnęłam się i wstałam z kanapy.
- Ale co?
- To, że tu jestem. Że was poznałam. Jesteście moimi idolami - musiałam to z siebie wykrztusić.
- Więc chyba masz wielkie szczęście! - puścił do mnie oko.
- Mogę Cię przytulić? - rozłożyłam ręce. Kurde, zawsze o tym marzyłam. Musiałam!
- Pewnie! - zaśmiał się i przytulił mnie mocno. W tamtej chwili byłam chyba najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Nie chciałam opuszczać jego ramion. Wspaniale przytulał!
- Słuchaj - oderwałam się po chwili od niego (nie chciałam wyjść na jakąś natrętną fankę, nie, nie). - Muszę się dostać pod ten adres - tutaj wyjęłam z kieszeni kartkę którą dał mi Axl Rose. - Ale nie martw się, nie uciekam nigdzie, muszę po prostu pojechać do przyjaciółki - wyszczerzyłam zęby.
- Nie ma problemu, zaraz zamówimy taksówkę.
- Jesteś kochany - przytuliłam go jeszcze raz. Mocniej. Zaraz po tym podszedł do telefonu i wykręcił numer.
- Ale będę mógł po Ciebie przyjechać pod wieczór? - zapytał się błagalnym tonem.
- Oczywiście!
Przecież, nie mogłam odmówić. No kto z was odmówiłby swojemu idolowi? Czytacie to i śmiejecie się. Myślicie, że to tylko wymyślone opowiadanie fantastyczne. Nie, to się działo naprawdę. Wszystko co tu czytacie przydarzyło się mi i Andreii. Nie wierzycie? Trudno. Przygoda dopiero się zaczyna. To wszystko to tylko wstęp... To dopiero początek.